Od 12 roku życia

Początek

Mam 24 lata. Zaburzenia odżywiania pojawiły się u mnie w wieku 12 lat. W wieku 13 lat przymusowo zaczęto mnie leczyć, i tak do 19 roku życia bez większych efektów. Przebrnęłam przez ok. 8 psychologów, 5 psychiatrów. W między czasie dojrzewałam do decyzji, że albo rzeczywiście zmieniam swoje życie, albo dalej udaję. Moje życie dla osoby z boku mogło wydawać się idealne - skończyłam studia, pracuje w swoim zawodzie, dobrze zarabiam, dorobiłam się własnego mieszkania, mam mężczyznę. Pozornie udawało mi się godzić głodzenie, rzyganie, studia, pracę i dom - byłam z tego dumna. Do momentu kiedy psychicznie tego nie wytrzymałam i na miesiąc zamknęłam się w pokoju w łóżku, nie wiedząc co się ze mną dzieje czując jedynie ogromny ból psychiczny. Leki przeciwdepresyjne i przeciwlękowe postawiły mnie na nogi chyba po pół roku - dla ludzi zewnątrz znowu byłam idealną kobietą. Pozostał strach, że kiedyś znowu mogę tego nie wytrzymać i już nigdy nie wyjdę z łóżka.

Rozpoczęcie leczenia

Podczas jednej z kontroli u psychiatry uświadomiono mi, że jeśli naprawdę chcę zmienić jakość swojego życia muszę poddać się terapii (mam ich za sobą 8), przy czym każdą kończyłam sama bo mi się już nie chciało, nie widziałam rezultatów. Chyba w 2 przypadkach powiedziano mi wprost – nie jestem w stanie pomóc. Postawiłam wszystko na jedną kartę, znalazłam terapeutę, po 3 spotkaniach miałam określić, czy piszę się na to czy nie. Powiedziano mi, że terapia może trwać nawet 5 lat spotkań tydzień w tydzień, że czasem jest ciężko, że czasem nie będę widzieć efektów. Mam tylko w każdy wtorek stawiać się na godzinę jedenastą i tyle.

Pierwsze 3 miesiące to było opowiadanie o domu rodzinnym, o relacjach - takie poznanie mnie i ja terapeuty. Pierwsze schody pojawiły się kiedy psychiatra zalecił odstawianie leków. Terapeuta uprzedził mnie, że od tego momentu pracujemy na objawach, bo tłumione lekami nie wychodzą na zewnątrz. Przyszedł pierwszy kryzys - strach przed wyjściem z domu, w którym przerzuciłam sobie poczucie bezpieczeństwa na matkę i mężczyznę, którzy na zmianę wozili mnie na terapię 30 km w jedną stronę i czekali na miejscu na mnie – tu widać, że konsekwencje mojej choroby udzieliły się wszystkim. W tym okresie ze 2 razy uciekałam przez cały szpital, a za mną w pogoni terapeuta - bo bałam się wejść do sali i zacząć sesję. Chyba z 5 razy w połowie sesji wychodziłam trzaskając drzwiami i wyzywając terapeutę do podłego chuja i tyrana. Po każdej takiej akcji, ciężko mi było przyjechać kolejny raz na terapię i zmierzyć się z tym, co zaprezentowałam tydzień wcześniej. Tak doświadczenie uważam za bezcenne.

Pierwsze efekty i zrozumienie co się ze mną dzieje udzieliło mi się po około pół roku albo roku. Wtedy poczułam, że zaczynam rozumieć, dlaczego postępuję tak a nie inaczej. Nie wiedząc jeszcze jak to zmienić. Przyszedł też czas na zmienienie zachowań kompulsywnych. Do tej decyzji dorastałam przez całe 3 lata. W trakcie próbowania zmian przechodziłam okropne stany psychiczne, których w trakcie swojego wtedy 20 letniego życia nie doświadczyłam. Powiedziałam sobie nie ma już odwrotu interesują mnie tylko trwałe i skuteczne zmiany, przewartościowanie całego świata, nauka nowych zachowań. Dotychczasowe doświadczenia życiowe i schematy radzenia sobie z nimi przekreśliłam całkowicie z wielkim smutkiem, bo przecież pomimo tego, że były złe pozwalały mi uchronić siebie przed odczuwaniem negatywnych emocji.

Rodzina

Wychowywałam się bez ojca - matka rozwiodła się z nim kiedy miałam 3 lata, bo bała się o swoje życie i swoich dzieci. Byłam związana z matką toksyczną nicią zależności. To tak jakbyśmy tworzyły jednego człowieka, ja starałam się usilnie spełnić jej oczekiwania, przy czym czasem się buntowałam, bo chciałam być sobą i musiałam znosić jej ciche dni. Moja matka jest kobietą sukcesu, świetnie zarabia, do wszystkiego musiała dojść sama i takie też miała przekonanie o swoich dzieciach. Ja usilnie pracowałam na swój sukces, żeby matka była ze mnie dumna. Choć ona należy do osób o wiecznym "ale". Jednym z kroków w terapii było skonfrontowanie się z matką jako osobnym bytem i mną jako osobnym. Kolejnym było nauczenie się mówić przy każdym spotkaniu z matką - stęskniłam się za tobą, przytulanie - tu zawsze występowały dziwne emocje i zdziwienie matki - nigdy mnie nie tuliła, nie głaskała po głowie, teraz zaczęłam sama się tego domagać i nie zważać na dziwną minę i zmieszanie mojej mamy. W trakcie terapii wyszło, że matka nie dostała od swoich rodziców pozytywnych wzorców jak należy okazywać dzieciom miłość, postanowiłam sama ją tego nauczyć.

Od dziecka zastanawiałam się nad tym, dlaczego matka rozwiodła się z ojcem-przecież on jest chory trzeba było mu pomóc a nie zostawić ze swoimi rodzicami (moimi dziadkami). Nie potrafiłam się do tego ustosunkować, z jednej strony czułam ulgę, że chciała nas uchronić, że być może gdyby ojciec był z nami to ja też bym zachorowała na schizofrenię. Przerobiłam to zagadnienie z wszystkich możliwych stron i pogodziłam się z decyzją matki.

Nauka jedzenia

Uważam, że jedzenie przestało dominować moje życie. Ale to, jak sobie wyobrażałam zdrowie po terapii różni się od tego jaka rzeczywistość mnie zastała. Może dlatego, że liczyłam na jakieś cuda, że moje życie diametralnie się zmieni, że zawsze będę czuć się fantastycznie i nie będę miała żadnych problemów. Zmieniło się tyle, że doszła mi świadomość swoich zachowań, myślenia. A skoro robię coś świadomie mam wybór.

Od czego zaczęłam? Przez lata restrykcyjnych diet i obycia z kaloriami, moja wiedza na ten temat była wyczerpująca. Do świadomości doszło, że skoro można racjonalnie się odżywiać i utrzymywać wagę w granicach normy, to mogę odwołać to do siebie. Mam taką kartkę sprzed 10 lat, gdzie w ośrodku psychiatrycznym dla dzieci pani psychiatra napisała mi, jak mam się żywić (5 posiłków dziennie, jemy na talerzach, jedzenie ma być przygotowane i zjedzone a nie przygotowywane i jedzone podczas przygotowań, nie wychodzimy do ubikacji po jedzeniu, po 30 minutach od jedzenia zajmujemy się czymś co lubimy, spacer z psem, książka, malowanie, nie dojadamy między posiłkami). W pewnym momencie poczułam, że jestem bardzo pokrzywdzona, bo muszę się uczyć tego wszystkiego od nowa. Śniadanie- zrobić zjeść i już nie mielić buzią. 2 śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja. Było mi ciężko nie dlatego, że nie chciałam jeść. Przeraziło mnie to, że muszę dostosować się do jakichś schematów - a ja przecież nigdy nie chciałam być taka jak inni szarzy ludzie. Gubiłam się strasznie, moim błędem było zaufanie organizmowi i słuchanie go. Jak może zachowywać się organizm który przez ponad 10 lat otrzymywał dawki jedzenia w różnych proporcjach, a nie adekwatnie do swoich potrzeb?

Następnym krokiem było ustalenie godzin posiłków (tego trzymam się do dziś - daje mi poczucie, że jest ok, organizm dostaje to, co musi). Bardzo ważne jest to, że pomimo, że moje racjonalne ustalenia żywieniowe trwają od ok 3 lat nadal nie zawsze czuję, na śniadanie głód, na obiad czy kolację. Ale czuję obowiązek zjedzenia, bo muszę "zatankować swoje autko". Na początku bardzo chciałam być głodna i jeść, tylko u mnie głód czułam wtedy, gdy ktoś mnie zranił, rozczarował, chyba nastąpiła jakaś fiksacja regulacji uczuć. Dlatego określenie pór posiłków pomogło mi opanować regulowanie wszystkiego jedzeniem. Porcje jedzenia - tego nauczyłam się przez obserwację, wiem jak wygląda obiadowy talerz i zauważyłam, że ludzie nie ładują na niego tyle, że z trudnością jest z niego jeść. Nie dokładają też, żeby zjeść tyle, żeby się nie ruszać. Na początku była wściekłość, bo przecież zjeść wszystko albo nic, frustracja ogromna, że należy już wstać od stołu, nie wylizywać garnków i nie dojadać chlebem. Teraz jestem na etapie delektowania się, a nie napychania.

Chęć zmiany świata i innych

Uważam, że dzięki terapii która trwała prawie 4 lata, tydzień w tydzień bardzo dorosłam psychicznie, przeszłam też przez okres kiedy bolało mnie u innych jak bardzo skrzywiony mają obraz świata, jak bardzo przeżywają sytuacje, i przede wszystkim chęć zmienienia matki. Przez pewien czas myślałam - udaje mi się ze zmianą mnie samej, więc spróbuję z innymi. Ale to tak nie działa. Zmieniamy się my i widzimy co jest u innych nie tak i na tym powinniśmy skończyć, nie pouczać, nie próbować zmieniać, tylko zaakceptować. Każdy człowiek ma wolną wolę i wybór - ja bym wszystkich wysłała na terapię i pracę nad sobą, ale cieszę się, że miałam okazję tak wnikliwie przepracować siebie, tak wiele się nauczyć.

Dziś, czasem ludzie denerwuję mnie jak dawniej, mam problemy i dylematy którym muszę stawić czoła, czasem mówię sobie w duchu - to tylko kryzys rozwojowy i ja go pokonam. I tak wstaję każdego dnia, zadowolona z tego, że pomimo zrezygnowania ze swojego chorego indywidualizmu nadal to jestem ja, trochę bardziej słuchająca innych i poddająca swoje czyny refleksji.

Dodaj komentarz Zobacz komentarze